Moda retro, styl vintage, piękne i klimatyczne miejsca.
Stylizacje inspirowane nostalgią za minionymi laty,
dwudziestoleciem międzywojennym i złotymi latami Hollywood.

13 kwietnia 2015

Groch z kapustą.



Dość dawno nie zamieszczałam nic nowego na blogu (brak czasu na pisanie i zdjęcia, ale to już wiecie), więc uzbierało się nieco zaległych tematów. Ponieważ nie mam cierpliwości do długich postów (i do tego słoneczko w weekend ładnie świeciło, żal przed komputerem siedzieć), będzie wszystko razem (taki groch z kapustą) w telegraficznym skrócie. Zaczynamy:

1. Wiosna.

Przyszła, tak jakby, ale podobno jest. Zmobilizowałam się i od końca marca znów jeżdżę do pracy na rowerze. Nie codziennie, przyznaję, ale zawsze jeśli tylko nie muszę służyć za szofera i akurat nie leje, wsiadam na rower. Biorąc pod uwagę jak rozkopane jest teraz centrum Łodzi, to rowerem jest znacznie szybciej niż autobusem lub samochodem. Odkurzyłam też po zimie rolki. Trzymajcie za mnie kciuki :)
 
Więcej zdjęć nie mam i pewnie nie będę miała - w drodze do pracy zawsze się spieszę, ponieważ wiecznie jestem na ostatnią chwilę...

2. Zakupy.

Nadejście wiosny to również potrzeba przewietrzenia/odświeżenia szafy. Ponieważ stawiam na określony styl, zmiana trendów w modzie mnie nie martwi, nie muszę wymieniać całej zawartości szafy. Ale jeśli trafi się jakaś ciekawa okazja, dlaczego miałabym nie skorzystać? Dzięki znajomej miłośniczce retro odkryłam wyprzedaż ubrać Collectif Clothing na Ebayu i kupiłam marynarkę, o której od dawna marzyłam.

Z kolei do kupna torebki zmusiły mnie okoliczności przyrody. Dotychczasowa nie mieściła się w rowerowym koszyku. Przy okazji buszowania po serwisach aukcyjnych wypatrzyłam dwustronną spódnicę z koła. Zwykle nie przekonują mnie takie wynalazki, ale tym razem postanowiłam zaszaleć - szczególnie, że sama mogłam wybrać kolory.


3. PaperCats.

Zaglądając od czasu do czasu na różne gorseciarskie fora i fanpage już jakiś czas temu zauważyłam, że gorsety marki PaperCats otacza swego rodzaju legenda. Dziewczyny piszą o nich jak nie przymierzając o Świętym Graalu a nowe modele w sklepie internetowym rozchodzą się dosłownie w przeciągu kilku minut. Trafiwszy przypadkiem (choć z drugiej strony niektórzy twierdzą, że nic nie dzieje się przypadkiem) na informację o świeżej dostawie gorsetów zdecydowałam się na kupno czarnego underbusta. Z czystej ciekawości, czy rzeczywiście jest tak rewelacyjny. Autentycznie się zdziwiłam, kiedy po kilku minutach odkryłam, że został już tylko jeden rozmiar - akurat mój i wzięłam chyba ostatnią sztukę. Póki co nie miałam okazji w nim chodzić, tylko przymierzyłam. Bez mocnego zasznurowania prezentuje się jak na zdjęciu.

4. Bullet bra.

Jakiś czas temu pisałam o staniku typu bullet bra. Zgodnie z obietnicą prezentuję, jak wygląda sylwetka z tego typu bielizną pod ubraniem. Wybaczcie jakość zdjęć robionych kartoflem, najważniejsze, że widać kształt. 
 
 
Przy okazji na blogu debiutuje ołówkowa spódnica w pepitkę, uszyta z wełny zakupionej w sklepie Tkaniny historyczne, zajmującym się sprzedażą tkanin dla rekonstruktorów. Tak blisko rekonstrukcji wyglądu sprzed ponad 50 lat jeszcze nigdy nie byłam :)

5. Burlesque Bible.

W najnowszym magazynie BurlesqueBible znalazł się tekst Rafała Wójcika,  zaprzyjaźnionego fotografa i jednocześnie miłośnika burleski, który pełnił rolę Milczącego Asystenta na dwóch ostatnich edycjach Pin Up & Burlesque Party w Scenografii. Rafał bardzo plastycznie opisał jak wygląda show okiem niezwykle ważnej na scenie osoby, czyli tzw. stage kitten - odpowiedzialnej za szykowanie i uprzątanie sceny po występach.

21 marca 2015

Z wizytą u Scheiblera.



Udało mi się wreszcie zrealizować jedno z moich małych fotograficznych marzeń, mianowicie sesję w stylu jednego z moich ulubionych zdjęć Dity von Teese - w czarnym płaszczu, spomiędzy połów którego figlarnie wystaje noga w czarnej, oczywiście nylonowej pończosze. 


Wobec wiecznego braku czasu, wypad na zdjęcia ostatnio urasta dla mnie do rangi wydarzenia wymagającego wpisania w kalendarz z dużym wyprzedzeniem, ale udało się. Tłem sesji jest moja ulubiona łódzka dzielnica - Księży Młyn. Jednak tym razem zamiast nieco odrapanych murów zabytkowego osiedla domów robotniczych, wraz z fotografem wybraliśmy odnowioną fabrykę Scheiblera, w której obecnie znajdują się nowoczesne lofty.
Oprócz  pokazywanego tutaj ostatnio płaszcza, "cichymi bohaterami" stylizacji są okazyjnie zakupione szpilki (które niedawno przypadkiem odnalazłam we własnej szafie) i pończochy nylonowe fully fashioned z nietypowym wzmocnieniem stopy, tzw. manhattan heel. W ramach zabawy konwencją retro postarałam się, aby dodatki (okulary, rękawiczki) podobnie jak kołnierz i mankiety płaszcza, były w panterkę. Taka odrobina zamierzonego kiczu idealnie pasuje do stylu nowoczesnej pin up girl.
płaszcz - Ashley Coat Collectif Clothing, nylony - Eleganti FF, szpilki - Tk Maxx, cloche hat - modystka, okulary - I am, rękawiczki - Tesco F&F.

14 marca 2015

Stan permanentnego niedoczasu.



Niedawno przeczytałam, że słowo "niedoczas" po raz pierwszy zostało oficjalnie (w prasie drukowanej) użyte w 1954 r. Ten retro już wyraz idealnie opisuje stan, w jakim się ostatnio znajduję. Brak mi czasu na cokolwiek, wszędzie i zawsze się śpieszę, stoję w niekończących się korkach marnując cenny czas, spóźniam się, bądź wpadam na ostatnią chwilę. Ofiarą tego stanu rzeczy stał się też niestety blog, nie mam czasu napisać notki, ani tym bardziej zrobić zdjęć, ani nawet zajrzeć na zaprzyjaźnione blogi.
Wyjątkowo zdążyłam zrobić zdjęcie przed wyjściem.

Kiedy już jakimś cudem uda mi się znaleźć trochę czasu dla siebie, to oczywiście towarzyszy mi wieczny pośpiech i nerwówka. Jednak czasem okazuje się, że jak w tym starym powiedzeniu, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W zeszły weekend byłam na koncercie/przedstawieniu The Piaf Show w wykonaniu Anne Carrere w klubie Wytwórnia. Ponieważ jak zwykle przyjechałam na ostatnią chwilę i oczywiście musiał szukać wolnego miejsca, żeby zaparkować, weszłam na koncert chwilę po rozpoczęciu. Aby nie przeszkadzać pozostałym widzom, zamiast na widownię, zostałam skierowana na boczny balkon, który jak się okazało był niemal zupełnie pusty. I w ten sposób przez cały koncert czułam się, jakbym miała prywatną loggię w teatrze.  
Płaszcz jest dość ciepły, powiedziałabym, że zimowo-wiosenny i tak oto prezentuje się w świetle dziennym.

W czasie zimowych wyprzedaży udało mi się kupić płaszcz Ashley Coat marki Collectif Clothing. Ponieważ miałam jeszcze resztę gwiazdkowych pieniędzy a przecena była spora, nie zastanawiałam się ani chwili. No dobrze, chwilę się zastanawiałam - w końcu musiałam wybrać kolor. Płaszcz ma trzy wersje kolorystyczne: zieleń, czerwień i czerń. Zdecydowałam się na ten ostatni, ponieważ mam już czerwony płaszczyk Hell Bunny, a zielony nie pasuje zbytnio do reszty mojej szafy.
Dodatki na wieczorne wyjście.

 
Płaszcz - Ashley Coat Collectif Clothing, t-shirt - motokoszulki.pl, spódnica - Greta Vintage Store, buty - CCC, rękawiczki - F&F, toczek - handmade VG, torebka - Allegro.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...