Moda retro, styl vintage, piękne i klimatyczne miejsca.
Stylizacje inspirowane nostalgią za minionymi laty,
dwudziestoleciem międzywojennym i złotymi latami Hollywood.

28 lutego 2015

Winter Farewell.




Dzisiaj przedstawiam drugą część zdjęć, które powstały w zaśnieżonych i malowniczych Karkonoszach. Śnieżne zimowe zdjęcia, a za sprawą magii obiektywu jednocześnie pełne baśniowych kolorów. Przekonajcie się sami.
  
To była bardzo spontaniczna sesja, nie planowałam jej przed wyjazdem z domu. Dlatego jeśli chodzi o stylizację, musiałam korzystać z tego co miałam przy sobie. Całe szczęście, oprócz puchowej narciarskiej kurtki miałam też swój zwykły, codzienny czarny płaszczyk. Rękawice i nakrycia głowy są efektem buszowania pośród wszechobecnych straganów z pamiątkami. A jedyną rzeczą, którą kupiłam wyłącznie z myślą o tych zdjęciach, była spódnica, którą znalazłam w miejscowym sklepie z używaną odzieżą.

Płaszcz, spodnie, sweter - z czeluści szafy, chusta, rękawice, kaptur - miejscowe stragany, spódnica - sh.
Tego nie było w planie!

20 lutego 2015

Temple of Love



 With the fire from the fireworks up above me
With a gun for a lover and a shot for the pain at hand
You run for the cover in the temple of love
You run for another but still the same
For the wind will blow my name across this land
In the temple of love you hide together
Believing pain and fear outside
But someone near you rides the weather
And the tears he cried will rain on
Walls as wide as lovers eyes

In the temple of love- shine like thunder
In the temple of love- cry like rain
In the temple of love- hear my calling
In the temple of love- hear my name


Żaden kościół, jaki do tej pory widziałam w Polsce, nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak ten niewielki drewniany kościółek w Karpaczu. Dumnie zwany Świątynią sprawia, że wyobrażam sobie dawno minione czasy, norweskie fiordy i Wikingów przegrywających nierówną walkę z nowym, ukrzyżowanym bożkiem. Dziś, zabrany ze swej ojczyzny, strzeże bram majestatycznych Karkonoszy i wejścia do Karkonoskiego Parku Narodowego. I choć niestety najbliższą okolicę kościółka szpecą makabryły w postaci post peerelowskich klocków oraz bizantyjskich niemal wytworów hotelarstwa (bo budynkami tego nie śmiem nazwać - projektanci i włodarze zezwalający na budowę tych cudów, powinni zawisnąć wiadomo za co na najbliższej latarni - wybaczcie kolokwializmy, ale jestem strasznie cięta na wszystkich niszczących zabytki, psujących krajobraz oraz zalepiających wszystko szmatami zwanymi reklamami), to bryła kościoła nadal robi olbrzymie wrażenie górując nad miasteczkiem na tle gór. 
 
Świątynia Wang (bo oczywiście o niej mowa) – to ewangelicki kościół parafialny w Karpaczu w Karkonoszach, przeniesiony w 1842 z miejscowości Vang, leżącej nad jeziorem Vangsmjøsa w Norwegii. Kościół został zbudowany z sosnowych bali w miejscowości Vang w południowej Norwegii, na przełomie XII i XIII w. Powstał jako jeden z ok. tysiąca (przetrwało kilkadziesiąt) norweskich kościołów klepkowych (słupowych) – stavkirke. Uważany jest za najstarszy drewniany kościół w Polsce. Konstrukcja kościoła wykonana jest bez użycia gwoździ, wszystkie połączenia zrealizowano przy pomocy drewnianych złączy ciesielskich. Wnętrze świątyni ozdobione jest oryginalnymi zdobieniami i rzeźbami. (wg. Wikipedii).
Przy okazji mam focię godną każdego normalnego turysty :)
Wszystkie zdjęcia w tym poście są autorstwa White Studio Fotografia Emilia Chojnacka, które mieści się w Karpaczu. Kilka słów o samej sesji napiszę następnym razem.
Dla podkreślenia nastroju:
Czapa, rękawice - kupione na miejscowych straganach, spódnica - miejscowy sh, reszta (sweter, płaszcz, buty) - starocie z mojej szafy.

14 lutego 2015

Let me be your Valentine!



Choć dziś Walentynki, na przekór chwytliwemu tytułowi posta (ach ta tabloidyzacja mediów...) nie spodziewajcie się po mnie walentynkowych zdjęć. Z kiczowatych, importowanych świąt wybieram zdecydowanie to październikowe.
W przeciwieństwie do ubiegłej zimy, w tym roku udało mi się skorzystać ze śnieżnego krajobrazu i zdążyłam się spotkać na dwie zimowe sesje zdjęciowe. Tym razem zaprezentuję tą łódzką, której tłem jest zabytkowy park Źródliska.
 
Czerwony płaszczyk Hell Bunny pokazywałam już na blogu jesienią (tutaj), okazuje się jednak, że prezentuje się równie pięknie na tle śniegu, co pożółkłych liści. A zestawiony z wysokimi kozakami i futrzanym kominem, tworzy całkiem ciepły zimowy zestaw.
Całości dopełnia gładko zaczesany duży koczek (wreszcie udało mi się znaleźć idealnej wielkości wypełniacz do koka). Całe szczęście było dość ciepło, więc nie odmroziłam uszu. No i wreszcie wykorzystałam fioletowe sztuczne rzęsy - do tej pory nie miałam na nie pomysłu, ale do chłodnego zimowego makijażu pasują idealnie.
  

Płaszcz - Hell Bunny, komin, rękawiczki - nn, kozaki - Centro, rzęsy - Inglot, opaska - Handmade.

12 lutego 2015

Nowy Jork, Berlin, Warszawa - nocne życie opisane.



Po krótkim romansie z czasami PRLu, wracam do mojej ulubionej epoki - międzywojnia. Urodziny, które niedawno obchodziłam, znacznie wzbogaciły moją domową biblioteczkę. W tym roku prezentami (które w sumie sama wybrałam) były jedynie książki :) Zaczęło się od Nowego Jorku, na Amazonie zamówiłam "Jazz Age Beauties", album zawierający zdjęcia Alfreda Cheneya Johnstona, nadwornego fotografa tancerek rewii Ziegfeld Follies (mającej siedzibę na Broadwayu).
 
Ponad 250 stronicowy album jest zbiorem czarujących fotografii z lat początku XX wieku, przedstawiających głównie kobiece akty i portrety, z rzadka tylko okraszonych tekstem. Niestety niewielka część fotografii jest słabej jakości (piksele!), jednak nie umniejsza to przyjemności oglądania.
Kolejną książką, która do mnie trafiła (a właściwie przyjechała ze mną z ferii w górach), jest "Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów" Ewy Winnickiej. Tu jest z kolei zdecydowanie więcej tekstu niż zdjęć. Nowy Jork ery prohibicji to miasto kontrastów, niewyobrażalnej biedy, pracy ponad siły ale i miasto szybkich fortun, blichtru, teatru, kabaretu oraz oczywiście rodzącej się mafii. Ziemia obiecana dla wszelkiej maści emigrantów i wyrzutków. Książka opisuje jak doszło do wprowadzenia prohibicji (polityczne gierki, które znamy dobrze i dziś) i jakie przyniosła skutki - gospodarcze i społeczne (zwykle o tych drugich politycy nie raczą pomyśleć, zanim coś zrobią...).
I wreszcie trzy tytuły, które kupiłam przez łut szczęścia. Mijając wystawę księgarni koło mojej pracy przypadkiem zauważyłam "W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne" (Maja Łozińska, Jan Łoziński), kiedy weszłam aby obejrzeć książkę i sprawdzić ile kosztuje, okazała się sporo przeceniona. A wraz z nią inne wydawnictwa PWN: "Kino, teatr, kabaret w przedwojennej Polsce. Artyści, miejsca, skandale" Wojciecha Kałużyńskiego oraz "Berlin. Szalone lata dwudzieste, nocne życie i sztuka" Iwony Luby. Za wszystkie trzy zapłaciłam mniej, niż cena nominalna każdej z nich. 
 
Książki są bardzo starannie i estetycznie wydane. Jestem pewna, że będę je czytać z przyjemnością. Jednak póki co, jeszcze nie zdążyłam się do nich zabrać - nadal jestem w Nowym Jorku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...